Oh My Body
Przyszedł mi do głowy ciekawy, niby oczywisty ale wcale nieoczywisty punkt widzenia, który "raz na zawsze" rozstrzyga kwestie w rodzaju "co by było, gdybym urodził się kobietą", albo "co by było, gdybym urodził się w XVII wieku". Od zawsze miałem wrażenie, że takie pytania są stawianiem sprawy na głowie, ale nie byłem w stanie tego wrażenia dobrze zwerbalizować.
Po latach przemyśleń ośliniło mnie, że
To nie Ty masz ciało, tylko ciało ma Ciebie.
W sensie dosłownym:
- Ono było najpierw, "Ty" powstało stopniowo, przez lata, w wielu etapach.
- Ono istnieje w czasie w sposób ciągły, "Ty" istnieje tylko wtedy, kiedy są spełnione szczególne warunki.
- Bez niego o niczym byś nie wiedział — wszystkie zmysły "Ty" instnieją materialnie jako części ciała.
- Wystarczy silna gorączka, nie mówiąc już o chorobach neurodegeneracyjnych, żeby "Ty" zaczęło szwankować i zanikać.
- Również — coś tak elementarnego, jak substancje chemiczne, przez wpływ na ciało mają wpływ na istnienie i kształt "Ty". Dużo większy, niż "Ty" na reakcje chemiczne.
- "Ty" nie jest w stanie istnieć bez neuronów, one bez "Ty" — jak najbardziej.
- Wreszcie — to ono podejmuje wszelkie decyzje, wykonuje wszelkie działania, i tworzy również ten szczególny fragment, który je interpretuje jako "Twoje".
Mówiąc jeszcze inaczej, Twoim stwórcą jest konkretne ciało, które nazywasz "swoim".
Jestem oczywiście świadom, że zdania na ten temat są podzielone, ale nie znam żadnych alternatyw, które spełniałyby podstawowe epistemiczne standardy.
W tym kontekście chyba jest jasne, że nie mogłxś urodzić się sto lat temu, z tego prostego powodu, że "Twoje" ciało wtedy jeszcze nie istniało. Istniały inne ciała, które tworzyły jakieś inne "Ty", ale nie jesteś żadnym z nich.
Komentarze
Prześlij komentarz