Żałoba po sobie samym
Zauważ, kiedy to przychodzi
Nie wtedy, kiedy o tym myślisz.
Przychodzi wraz z oczekiwaniem na wynik badania. W dniu urodzin, zwłaszcza tych okrągłych. Na pogrzebie rówieśnika — albo dopiero w samochodzie w drodze powrotnej. Kiedy oglądasz swoje zdjęcie sprzed dwudziestu lat i przez sekundę nie rozpoznajesz osoby, która na nim jest. Potem mija i przez długi czas tego nie ma, w ogóle.
Nazywasz to lękiem przed śmiercią. Ale zauważ, że to wcale tak nie działa.
Lęk spina, mobilizuje, każe działać albo unikać, na ogół trwa tak długo, jak długo zagrożenie jest w polu świadomości. A to, o czym mówię, jest inne. Falowe. Rozkłada Cię na pięć minut lub godzinę — i odpuszcza.
To o czym piszę, nie jest też tak naprawdę lękiem. Też, ale może raczej przygnębieniem? Ale to też nie trafia w sedno. Może coś pomiędzy?
Colin Murray Parkes opisał dokładnie taki profil reakcji pół wieku temu — tylko że nie dla lęku, ale dla żałoby. Pisał, że jej najbardziej charakterystyczną cechą nie jest przedłużające się przygnębienie, tylko ostre, epizodyczne napady, związane z konkretnymi miejscami i sytuacjami.
Stąd pomysł, który chcę Ci zaproponować: że znaczna część tego, co nazywamy lękiem przed śmiercią, to żałoba (antycypacyjna) po samym sobie.
Dwie rzeczy, które zawarłem w poprzednim wpisie:
Żałoba wymaga istnienia modelu. Żeby ktokolwiek i cokolwiek mogło zaistnieć w Twoim umyśle, musi powstać jako model. Kiedy jego źródło znika, model zostaje. Nadal wytwarza skojarzenia i oczekiwania — tylko nie ma już na nie odpowiedzi. Stąd bierze się szukanie twarzy w tłumie i nasłuchiwanie klucza w drzwiach o osiemnastej. Stąd też jej falowy przebieg: model jest złożony z tysięcy kawałków przywiązanych do konkretnych miejsc, zapachów i sytuacji, więc nie da się przeżyć żałoby "całej naraz". Trzeba otworzyć wszystkie drzwi po kolei, a nie wiadomo z góry, kiedy na które się trafi.
Po drugie, nie każda żałoba dostaje prawo do istnienia. Kenneth Doka nazwał w 1989 roku żałobą nieuprawnioną taką stratę, która nie może być otwarcie uznana, publicznie opłakana, i jest pozbawiona społecznego wsparcia. Po byłym partnerze. Po poronieniu. Po zwierzęciu. Po utraconej wierze. Po kimś, kto wprawdzie żyje, ale już go nie ma. Jej szczególna szkodliwość nie polega na tym, że boli bardziej — tylko na tym, że nie posuwa się do przodu, bo nie ma nikogo, kto by model skorygował i poświadczył, że obiekt w ogóle istniał. A z czasem strata zaczyna wydawać się nierzeczywista i człowiek zaczyna podejrzewać, że przesadza. Ta myśl nie jest wglądem w sytuację. Jest objawem.
Czego dokładnie żałujesz?
Wśród modeli, które nosisz, jest jeden szczególny: model samego siebie. Kim byłaś, kim jesteś, kim zamierzasz być. Ze wszystkimi planami, które są z nim zrośnięte — z książką, której nie napiszesz, z miejscem, do którego nie pojedziesz, z rozmową, której nie odbędziesz, bo już nie będzie kiedy.
I teraz rzecz kluczowa: ten model istnieje już teraz. Już teraz wytwarza oczekiwania. Nie musisz umrzeć, żeby stracić przyszłą wersję siebie — wystarczy, że przestaniesz w nią wierzyć. Dlatego to nie jest strach przed czymś, co nastąpi. To jest żałoba po czymś, co właśnie nie nastąpi.
Niezamierzony dowód
Gdyby to był lęk, powinny na to działać metody leczenia lęku: ekspozycja, praca z myślami, lub przewartościowanie. A działa co innego.
W opiece nad umierającymi dwie metody mają najlepszą udokumentowaną skuteczność: terapia skoncentrowana na znaczeniu Williama Breitbarta i terapia godnością Harveya Chochinova. Żadna z nich nie jest terapią lęku. Obie polegają na tym samym: żeby człowiek opowiedział, kim był i co zrobił, żeby ktoś to usłyszał, i żeby zostało to zapisane. Świadectwo, narracja, nadanie znaczenia.
To jest kształt pracy z żałobą, nie z lękiem. I to działa. Trudno o czystszą wskazówkę co do tego, z czym mamy do czynienia.
Żałoba, której nie uznaje nikt
Kenneth Doka wymienił cztery sposoby, na które strata może zostać unieważniona. Spójrz, co się dzieje, kiedy przyłożysz je tutaj.
Nieuznana strata — bo jeszcze się nie wydarzyła. „Przecież nic Ci nie jest."
Nieuznany żałobnik — bo żyjesz. Kto w ogóle ma prawo żałować kogoś, kto siedzi przy stole?
Brak rytuału — bo rytuały są po. Twój będzie, ale Ciebie na nim nie będzie.
Brak świadka — i to jest najgorsze. Jedynym, kto mógłby poświadczyć istnienie tego, co tracisz, jesteś Ty sam. Również — nie opiszesz i nie przekażesz całego krajobrazu swoich wewnętrznych doświadczeń drugiej osobie, na tym polega egzystencjalna izolacja.
Cztery na cztery. To nie jest żałoba, która bywa nieuprawniona. To jest żałoba, która jest nieuprawniona ze swojej konstrukcji.
Zauważ też, co ludzie mówią, kiedy ktoś to przy nich wypowie. „Nie myśl o tym". „Masz jeszcze mnóstwo czasu". „Wszyscy kiedyś umrzemy". „Proszę tak nie myśleć".
To są dokładnie te same zdania, co „przynajmniej się nie męczył" i „będziecie mieli następne". Ta sama funkcja: zamknąć temat. I ten sam skutek: temat zostaje zamknięty — razem z człowiekiem, który zostaje w tym sam.
Z tego wynika rzecz praktyczna: zalecenia z tamtego wpisu przenoszą się tutaj bez żadnej modyfikacji. Nazwanie. Jeden świadek. Rytuał. Nic nowego nie trzeba wymyślać.
Żałoba, która nie może się skończyć...
Jest tu jednak różnica, która nie jest drobiazgiem. W zwykłej żałobie żałobnik przeżywa stratę. Model powoli przestaje domagać się odpowiedzi, cichnie, ból ustępuje, człowiek idzie dalej. Jest po.
Tutaj żałobnik jest tym, co utracone. Model i ten, kto go nosi, są jednym układem. Nie ma „po". Nie ma miejsca, z którego dałoby się na to spojrzeć jako na coś przebytego.
To jest, jak sądzę, właściwe wyjaśnienie jej osobliwej trwałości. Nie jest tak, że ludzie nie potrafią sobie z tym poradzić. Jest tak, że ta żałoba strukturalnie nie ma jak się domknąć.
...ale czy na pewno?
I tu dochodzimy do miejsca, w którym większość rozmów na ten temat się wykłada.
Bo istnieje przecież stara jak nasza cywilizacja odpowiedź Epikura: śmierć nas nie dotyczy, bo dopóki jesteśmy, jej nie ma, a kiedy ona jest, nas nie ma. Istnieje też jej wersja wschodnia: skoro nie ma trwałego „ja", to nie da się go stracić.
Te argumenty są przecież poprawne? Więc czemu nie uwalniają?
Odpowiedź wynika z opowieści o dwóch różnych osiach, i o tym, że intelektualne argumenty działają tylko na jednej z nich.
Oś epistemiczna, poznawcza, to to, co uznajesz rozumowo za prawdę. Możesz w pełni przyjąć, za filozofią Wschodu lub współczesnymi neuronaukami, że Twoje „ja" jest konstrukcją, procesem, modelem bez właściciela. Możesz to rozumieć, możesz nawet komuś wytłumaczyć, ale to nic nie zmieni, bo aparat, który produkuje przyszłą wersję Ciebie i po niej żałuje, nie przejmuje się Twoimi przekonaniami i działa dalej. Jest naiwnym realistą.
Co gorsza, na tej osi jest dodatkowa pułapka. Zdanie „rozumiem, że mnie nie ma" wytwarza tego, kto rozumie. Stąd bierze się ta specyficzna oschłość, którą czasem widać u ludzi dużo czytających o pustce.
Oś doświadczeniowa to coś zupełnie innego: to nie jest sąd o obiekcie, tylko to, jak realny ten obiekt jest w odczuciu. Obie osie mogą być zgodne, a mogą się rozmijać: możesz na przykład wiedzieć, że ktoś Cię kocha, ale tego nie czuć. Albo na odwrót. Różnica jest taka jak między wiedzą, że w Polsce nie ma jadowitych pająków, a tym, że przestaniesz się ich bać. Pierwsze da się przeczytać w Wikipedii. Drugie nie.
Podobnie żałoba potrzebuje obiektu, który odczuwasz jako rzeczywisty. Jeśli poczucie istnienia odrębnego właściciela przeżyć słabnie — nie jako rozumowy wniosek, tylko jako zmiana sposobu doświadczania — to żałoba nie zostaje pokonana argumentem. Ona traci uchwyt. I dlatego, z drugiej strony, reifikacja samego siebie zwiększa siłę jej rażenia — całkiem paradoksalnie, jeśli weźmiemy pod uwagę skuteczność terapii sensem, czyż nie?
Odwrócenie, które warto zauważyć
W nieuprawnionej żałobie strata zaczyna wydawać się nierzeczywista — i to jest szkodliwe, bo właśnie to powoduje, że żałoba stoi w miejscu, i produkuje myśl „przesadzam". W przypadku, o którym tutaj piszę, odrealnienie obiektu może być uwolnieniem. To wymaga dopowiedzenia, bo powierzchowny opis jest taki sam. Rozróżnia je jedno: co zostaje zabrane.
W nieuprawnionej żałobie zabrany zostaje świadek, a model dalej wytwarza oczekiwania. Zostajesz z czymś, co ciągle domaga się Twojej uwagi, i bez nikogo, kto by je uznał. To jest najgorsza możliwa kombinacja i dlatego to boli w specyficzny sposób.
W przypadku żałoby po samym sobie na osi doświadczenia w mniejszym lub większym stopniu zanika ten, który się domaga. Nikt niczego nie zabiera. To jest coś innego, choć z zewnątrz wygląda podobnie.
Trzy uczciwe zastrzeżenia
Napisałem „znaczna część" — ale to nie jest wszystko, bo lęk przed śmiercią może zawierać również lęk przed umieraniem jako procesem i troskę o tych, którzy zostaną. Czyli również żałobę antycypacyjną, której obiektem jest kto inny.
Istnieje prostsze wyjaśnienie. Ten sam efekt można wytłumaczyć większą tolerancją afektu, bez odwoływania się do rozważań nad koncepcją "ja".
To jest praca na lata, nie kwestia kilku tygodni. Człowiek, który właśnie dostał diagnozę, nie jest w stanie użyć tego sposobu. Nawet gdyby cały przekaz tego wpisu był trafny, jest tylko faktem biograficznym, a nie interwencją. Można go stosować do samego siebie, ale nie wolno jej podawać komuś w kryzysie jako pociechy — byłoby to kolejnym ładnym i okrągłym zdaniem zamykającym temat.
Co z tego zostaje na teraz
Jeśli to jest żałoba, a nie lęk, to przestaje być czymś, co masz w sobie zwalczyć, i staje się czymś, co ma zostać uznane.
A do tego wystarczy to samo, co przy każdej innej nieuprawnionej żałobie. Nazwać to po imieniu. Powiedzieć to raz na głos przy kimś, kto nie zacznie protestować. I nie brać własnej myśli „przesadzam" za obserwację — bo ona, że powtórzę, jest objawem, a nie wglądem.
Bibliografia
- Colin Murray Parkes, Bereavement: Studies of Grief in Adult Life, 1972 — falowy przebieg żałoby.
- Kenneth J. Doka (red.), Disenfranchised Grief: Recognizing Hidden Sorrow, 1989.
- Erich Lindemann, Symptomatology and Management of Acute Grief, 1944 — pojęcie żałoby antycypacyjnej.
- Therese Rando, prace nad antycypacyjnym żałowaniem, w tym przez samego umierającego.
- William Breitbart i in., terapia skoncentrowana na znaczeniu (Memorial Sloan Kettering).
- Harvey Max Chochinov, terapia godnością.
- Ernest Becker, The Denial of Death, 1973, oraz nurt terror management theory (Greenberg, Pyszczynski, Solomon) — stanowisko konkurencyjne, które trzyma stronę lęku.
- Irvin Yalom, Existential Psychotherapy, 1980; Staring at the Sun, 2008 — również po stronie lęku.
Komentarze
Prześlij komentarz